Blog polskiego kibica Arsenalu
RSS
niedziela, 20 lutego 2011
Per aspera ad astra - Leyton Orient-Arsenal 1:1

Kiedy zaczynaliśmy ten sezon, byłem przekonany, że w żadnej formacji nie mamy takiej konkurencji jak w pomocy. Czas zweryfikować ten mit - w tej chwili w północnokoreańskim przemyśle perfumiarskim panuje bardziej zażarta rywalizacja niż w naszej drugiej linii. Drugi garnitur pomocników nie jest w stanie wywrzeć żadnej presji na Fabregasie i Wilsherze. Jeśli w dodatku weźmiemy pod uwagę powolny powrót do formy Aarona Ramseya, to modły o zdrowie Cescojacka powinny się stać żelaznym punktem codziennego paciorka.

Wystawione dziś w pomocy trio skrzyło się kreatywnością jak wilgotny kapiszon. Widząc bezradność Rosickiego, Denilsona i Songa, za rozgrywanie piłki w środku boiska musieli wziąć się Bendtner i Arszawin. Skutek był taki, że z przodu na piłki czekał tylko Marian Szarmach, który niezłą formę miał ostatnio tuż przed koronacją Kazimierza Wielkiego. Nawet jeśli w pierwszej połowie oddaliśmy 11 strzałów (z czego trzy celne), to jedyną naprawdę dobrą okazją bramkową zmarnował Szarmach, który o centymetry minął się z dośrodkowaniem Gibbsa. I tak to wyglądało przez cały mecz - mnóstwo podań w środku pola (Opta podaje, że aż 801) i prawie żadnych zaskakujących piłek rozcinających szyki obronne orientalistów.

Gol wreszcie przyszedł, ale przebieg akcji bramkowej zaskoczyłby nawet Alistaira MacLeana. Dośrodkowanie Bendtnera z prawej strony na trzynasty metr trafiło do Tomasa Rosickiego, a ten pięknym strzałem głową pokonał Jamiego Jonesa. Tak, tak, dobrze słyszeliście. Rosicky, który poprzednio trafił do siatki w środkowym plejstocenie. Głową, która służy mu głównie do hodowania dziwnych fryzur.

Szansę na podwyższenie wyniku miał jeszcze Arszawin, ale po ładnej kontrze trafił w słupek. A trzy minuty później znakomity przez cały mecz debiutant Ignasi Miquel bez przekonania zaatakował wprowadzonego po przerwie Téhoué, Francuz wjechał w nasze pole karne i mocnym uderzeniem trafił do naszej bramki między nogami Manola Almunii. 1:1 i za półtora tygodnia cała drużyna Leyton Orient wsiądzie w metro linii Central, przesiądzie się na stacji Holborn na Piccadilly Line i zwiedzi Emiraty od strony murawy.

Trzeba trochę zrozumieć naszych piłkarzy. Większość z nich nie ma ostatnio żadnych szans na starty w podstawowym składzie w poważnych meczach. Kiedy więc los daje im szansę występu w Pucharze Anglii, chcą ją sobie przedłużyć i organizują powtórki meczów. Jak podsumował to na Twitterze Erzecik - "niektóre egzaminy są tak fajne, że chodzę na nie dwa razy...". Z tego remisu nie ma więc co robić tragedii. Ot, Rosickie, Denilsony, Szarmachy, Bendtnery i inne Almunie będą miały kolejną okazję pokazania kibicom, że Wenger nie myli się, traktując ich jak zawodników drugiego szeregu. Mimo to jednak w islingtońskiej twierdzy powinni poradzić sobie z pokonaniem trzecioligowca. A wtedy w ćwierćfinale czekać będzie na nich hałastra starego pierdoły. Trudno, widocznie ten Puchar mamy w tym roku zdobyć w najtrudniejszy możliwy sposób, fundując sobie emocje i problemy na każdym jego szczeblu. Przez cierpienie do gwiazd...

Fusy

  • jak podaje Orbinho, po raz pierwszy od trzech lat Wenger nie dokonał w meczu ani jednej zmiany; być może wprowadzenie Fabregasa czy Nasriego odmieniłoby losy tego meczu, ale a) trudno za każdym razem ratować tyłki rezerwowych kapitanem, zaś b) wypoczęci zawodnicy pierwszego składu będą nam o wiele bardziej potrzebni w środowym meczu ze Stoke;
  • najbardziej uroczym elementem tego dość nudnego meczu był stały komentator Sportklubu, który zwykle modulacją swojego głosu wywołuje u mojego kota epizod afektywny mieszany, a dziś w dodatku raczył telewidzów opowieściami o tym, że Eboué "dość nieoczekiwanie" zagrał z Bankruptaloną; byli tacy, którzy spodziewali się tego już 8 grudnia, po meczu z Partizanem Belgrad, panie Marcinie.

Plusy

  • miło patrzeć na powrót do formy Andrieja Arszawina; Rosjanin był dziś nie tylko najlepszym, ale i najbardziej pracowitym zawodnikiem na boisku; dla mnie - Zawodnik Meczu;
  • niezły debiut zaliczył w pierwszej drużynie hiszpański stoper Ignasi Miquel; choć stracona bramka obciąża częściowo jego konto, to poza tym miał kilka naprawdę niezłych interwencji.

Minusy

  • Tomas Rosicky (mimo gola), Manuel Almunia (miał do wybronienia jeden trudny strzał - nie dał rady), Nicklas Bendtner (jestem wielki, a bramka malutka);
  • moja forma u bukmachera - jeśli Rosa poprzednio zdobył gola dla Arsenalu w plejstocenie, to mój ostatni wygrany zakład przytrafił się gdzieś w późnej kredzie.
Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie

Na europejskiej mapie piłkarskiej Londyn to miejsce szczególne. W pierwszych czterech ligach gra tu w tej chwili aż trzynaście drużyn, z czego pięć klubów występuje w ekstraklasie. Żadne inne europejskie miasto nie może się pochwalić takim bogactwem futbolowej tradycji.

Historie tych firm pełne są niezwykłych przełomów, upadków, wzlotów, renesansów i geograficznych niespodzianek (choćby fakt, że Millwall FC jest dziś po drugiej stronie rzeki od dzielnicy Millwall). Bywa i tak, że na zakręcie losu jakiś klub pojawia się bez swojego udziału, dzięki działaniom innego. Tottenham swój status przeciętnego klubiku z północnych przedmieść Londynu zawdzięcza pojawieniu się w sąsiedztwie przybysza z południa, który ostatecznie stał się największą ze stołecznych marek. Chelsea istnieje tylko dzięki temu, że prezes Fulham Henry Norris (tak tak, ten sam Norris, któremu zawdzięczamy rekordowo długą grę w ekstraklasie) pewnego dnia odmówił przeprowadzki na Stamford Bridge, zapewne rezygnując w ten sposób z budowy europejskiej potęgi futbolowej. Z kolei dzięki przenosinom Arsenalu na północ Charlton mógł osiągnąć status klubu profesjonalnego.

Teraz do takiego wirażu zbliża się, być może, nasz najbliższy rywal w Pucharze Anglii. Leyton Orient FC to klub starszy od Arsenalu o pięć lat, ale jego dalszym losom zagraża decyzja Komisji Spuścizny Parku Olimpijskiego o przekazaniu - po igrzyskach w 2012 r. - stadionu olimpijskiego West Hamowi. W bezpośrednim sąsiedztwie The O's pojawi się oto bowiem pierwszoligowy zespół z gigantycznym obiektem (choć, przyznajmy, za pierwszoligowość Młotów nikt nie dałby w tej chwili nawet nadgniłego biszkopta). Działacze LOFC boją się, że miejscowa młodzież - mając pod nosem ekstraklasę - nie będzie już chciała przychodzić na mecze trzecioligowej kapeli. A klub bez kibiców będzie jak bigos bez kiszonej i Pam Anderson bez silikonu.

Nie sposób nie zrozumieć ich racji, zwłaszcza że decyzja o przyznaniu stadionu jakiemukolwiek klubowi pachnie wsparciem nieuczciwym wobec pozostałych londyńskich drużyn. Chcecie mieć nowy, wielki stadion? To sobie go zbudujcie, a potem spróbujcie nie zbankrutować, z bardzo ograniczonymi funduszami utrzymać się w ligowej czołówce, grać nieprzerwanie w Lidze Mistrzów i jeszcze znosić zarzuty ćwierćinteligentów o "wieloletnim braku trofeów". Ekhm, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Leyton może być w trzeciej lidze i w przededniu katastrofy, ale nie liczcie na to, że ich piłkarze wyjdą na boisko, po czym położą się na murawie, ściągną portki i zaśpiewają za Ireną Kwiatkowską: "męcz mnie, dręcz mnie ręcznie, smagaj, poniewieraj, steraj, truj". To jest Puchar Anglii, rozgrywki służące głównie do tego, by od czasu do czasu superkluby o sławie światowej mogły stać się pośmiewiskiem wszystkich mediów, najlepiej po porażce z drużyną o dwuwyrazowej nazwie, złożoną z hydraulików, szambonurków i przedsiębiorców pogrzebowych. Przekonaliśmy się już w tym roku, co może się stać, jeśli zlekceważymy przeciwnika z niższej ligi i wolałbym nie powtarzać tego w piątej rundzie FA Cup. Tym bardziej że nasi rywale nie wypadli kwoce spod ogona - ostatni mecz przegrali w Nowy Rok i było to wyjazdowe starcie z liderem League One (a poprzednią porażkę odnieśli... 2 listopada; to zaledwie dwie przegrane w ostatnich 24 spotkaniach!). A nasi piłkarze mają tendecję do metaforycznego zaglądania do kieliszka po znakomitych osiągnięciach, takich jak triumf nad Barceloną.

Wciąż pozostajemy jedyną drużyną w Anglii, która może zdobyć wszystkie cztery trofea i nie ma żadnego powodu, byśmy tej szansy pozbywali się za darmo. Mając w perspektywie dwa trudne mecze - ligowy z rzeźnikami i finał Pucharu Ligi, Arsene musi trochę pożonglować składem. Powinien jednak pamiętać, że żonglowanie składem przypomina żonglowanie ostrymi sztyletami - odrobina nieuwagi i cztery piwa trzeba będzie zamawiać palcami obu dłoni. W bramce może pojawić się Almunia. W obronie - w zależności od stanu zdrowia Djourou - Szwajcar lub Koscielny towarzyszyć będzie Squillaciemu. Najciekawsze i najważniejsze wydaje się zestawienie pomocy - odpoczynek z pewnością należy się Wilshere'owi, który w tym sezonie rozegrał więcej meczów niż Owen Hargreaves w całym życiu. Całość może wyglądać tak:

Almunia
Sagna - Squillaci - Djourou - Gibbs
Song - Denilson - Fabregas
Nasri - Chamakh - Bendtner

Ten skład stać na zwycięstwo nad naszymi orientalnymi rywalami, pod warunkiem, że cała jedenastka wbije sobie do głowy, że mecze nie wygrywają się same. No, chłopcy, zabierzcie nas do ćwierćfinałów. Oh, Arsenal we love you.

Pińćzłoty, czyli moje kwity

Mój związek z Wujkiem Bukiem przypomina ostatnio małżeństwo emerytowanego milionera z młodziutką seksbombą - ja płacę, on udaje, że mnie kocha. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś wygrałem. Nawet punkty bukmacherskie na Emiratach były niełaskawe dla moich jednofuntowych prób. Tym razem znów postawimy tradycyjnego, słowiańskiego, piastowskiego piątaka i nie będziemy na siłę szukać bardzo wysokich przebitek. Mecz na Brisbane Road nie będzie łatwy i coś mi mówi, że Kanonierzy wygrają go z przewagą zaledwie jednej bramki. A zatem "remis przy handicapie 1:0" i wujcio oferuje mi za to 3,90:1. S'il vous plait, merci, au revoir.

sobota, 19 lutego 2011
Tak było na Emiratach

W poprzednim poście zapewniałem was o niesamowitej atmosferze na stadionie podczas meczu z Barceloną. Ale przecież nie musicie mi wierzyć na słowo. Sami popatrzcie i posłuchajcie:

Nie mała Barcelona, ale wielki Arsenal

Na tym meczu miało mnie w ogóle nie być. Wszystkie drogi, których spróbowałem przed wyjazdem do Londynu, a które miały prowadzić do zdobycia biletów, okazały się - mówiąc z francuska - "dupą torby". W oficjalnym systemie sprzedaży wejściówki na Barcelonę skończyły się, zanim główny informatyk zdążył sięgnąć po kawę po wciśnięciu klawisza "enter". Moi znajomi dziennikarze po kilkunastu natrętnych próbach przestali odbierać telefon, kiedy do nich dzwoniłem. Nawet chodzenie po Londynie z transparentem "Oddam cnotę za bilety" nie dało rezultatu. W sumie się nie dziwię. Mam lustro.

Pogodziłem się więc z myślą, że na żywo tego spektaklu nie obejrzę. Ale przecież można to zobaczyć w Pinsach, po Emiratach ponoć drugim najlepszym miejscu w Londynie do oglądania meczów Arsenalu. Wielki Dżon, stały gość tego bloga i człowiek, którego polskim fanom przedstawiać nie trzeba, obiecał też pojawić się w pubie i zaszczycić mnie oraz panią_goonerową swoim towarzystwem.

Bóg jest jednak Kanonierem (o imieniu Dennis, naturalnie). Zerknął na statystyki meczów na Emiratach, które widziałem z trybun: cztery spotkania, cztery zwycięstwa, siedem bramek strzelonych i żadnej straconej. To musiało na nim zrobić wrażenie. - Jeśli Arsenal ma wygrać z Barceloną, Miko musi być na tym meczu - postanowił Lord Bergkamp i zesłał archanioła Gabriela ze zwiastowaniem.

Tym archaniołem okazał się sam Dżon, który zadzwonił do mnie zaledwie kilka godzin przed meczem. Kończyliśmy akurat wizytę w znakomitym Victoria & Albert Museum, a ja, zgrzytając zębami, patrzyłem jak pani_goonerowa chce wydać w sklepiku z pamiątkami milion funtów na kolczyki w kształcie chińskich szat cesarskich. Albo chińskie szaty w kształcie kolczyków, nie pamiętam. - Przed chwilą znajomy zaproponował mi bilety. Są cztery wolne miejsca. Reflektujecie? - zapytał Jasiek z głupia frant. Równie dobrze mógłby spytać, czy pragnę darmowej, dożywotniej dostawy kindziuka, 17. miejsca w lidze dla Kwok przez następnych 100 lat oraz pokoju na Bliskim Wschodzie.

Natychmiast zrobiłem to, co zrobiłby na moim miejscu każdy doświadczony mąż. Wyciągnąłem portfel i zapłaciłem pańskim gestem za kolczyki w kształcie szat (albo odwrotnie). Zaś wręczając pani_goonerowej ten upominek, wymamrotałem: - Popatrz no, kochanie, za jakieś gówniane kolczyki (lub szaty) życzą sobie całe 18 funtów. A my dziś wieczorem, za jedyne s-hmm-to kilka-hmm-dziesiąt szterlingów obejrzymy najbardziej niesamowite przedstawienie w naszym życiu!

Szał pani_goonerowej był jak sierpniowa burza gradowa - gwałtowny, przerażający, z gradem wielkości kurzych jaj, ale przelotny. I rzeczywiście, niedługo później wzięliśmy udział w niebywałym wręcz futbolowym seansie. Trudno mi nawet znaleźć porównanie dla tego, co przeżyliśmy w środowy wieczór na Emiratach. Pod względem intensywności przeżyć i emocji było to silniejsze niż obejrzany w świetlicy na kempingu w Solinie finał olimpiady w Barcelonie, do tej pory absolutny lider w kategorii "żyły-sobie-wypruwam-całuję-obcych-facetów-kręgosłup-podpięli-mi-do-stacji-transformatorowej". Zaś jeżeli chodzi o atmosferę, mecz z Bankruptaloną bił na głowę nawet ubiegłoroczny finał Ligi Mistrzów. Pisząc relację z tamtej imprezy, rozmarzyłem się, by kiedyś również na Emiratach doświadczyć czegoś podobnego. Drodzy bracia i siostry, doświadczyłem.

I to od pierwszych minut na stadionie. Nie mogło tego nawet spieprzyć dochodzące z głośników "London Calling" (znakomita piosenka, ale nie mająca nic wspólnego z Arsenalem, w dodatku zeszmacona nader częstym wykorzystywaniem jej do ilustrowania filmowej akcji przenoszącej się do Londynu; wynika to zresztą z kompletnego niezrozumienia przesłania tego kawałka) ani reflektory strzelające w niebo jak przed dyskoteką w Manieczkach. Ten stadion po prostu dudnił. Huczał od pierwszego do ostatniego momentu. Grzmiał tak, że sami piłkarze jeszcze przez następne dni nie mogli wyjść z podziwu i zgodnie przyznawali, że takiej atmosfery na nowym stadionie Arsenalu jeszcze nie było.

Mieliśmy w tym swój udział. Choć gardło miałem zdarte już po sobotnim meczu z Wilkami (nietypowa relacja z niego już wkrótce), nie ustawałem we wznoszeniu okrzyków. Było więc i "Oh, Arsenal we love you", i "we're by far the greatest team the world has ever seen". Było gromkie "red army", "uh to be a goonah", "we've got Arszawin, fuck Adebayor" oraz urocze Dżonowe "you've only come to see the Arsenal", wykrzyczane do siedzących tuż pod nami kibiców Bankruptalony. Była eksplozja radości po golu van Persiego i prawdziwa ekstaza po bramce Szawy, kiedy padłem w ramiona siedzącego po mojej lewej stronie Greka, Albańczyka albo Maltańczyka. Nie mam pojęcia, kim był ten facet, poza tym że był nieźle zalany, mocno się rozpychał, mówił językiem niepodobnym do niczego indoeuropejskiego i ryczał w kierunku sektora gości "puta Barcelona, puta Catalunya".

A sam mecz? Widzieliście go pewnie przynajmniej ze dwa razy (ja właśnie oglądam po raz trzeci), więc wszystko wiecie. Powiem wam tylko jedno - nie dajcie sobie odbierać radości z tego zwycięstwa, jednego z najwspanialszych triumfów Arsenalu pod wodzą Wengera. Po raz pierwszy w historii pokonaliśmy Bankruptalonę i to w momencie, kiedy powszechnie uznawana jest ona za najlepszą drużynę świata. Nie pozwólcie też, by pomniejszano wartość tej wygranej. Piłkarze Guardioli rozegrali znakomite spotkanie i wcale nie mieli słabszego wieczoru. Arsenal nie wygrał też tego meczu przypadkiem - podobnie jak rywale mieliśmy kilka znakomitych, niewykorzystanych okazji. Nie zwyciężyliśmy również dzięki sędziemu. Nieuznany gol Messiego może i został zdobyty prawidłowo, ale - zważywszy że nawet powtórki w zwolnionym tempie nie wyjaśniały wszystkiego - trudno mieć żal do liniowego, że na żywo błędnie rozpoznał sytuację. Pretensje o karne nasi adwersarze będą łaskawi wsadzić sobie tam, gdzie nie dotarłby nawet huragan Katrina - zagrania ręką Djourou i Arszawina nie były rozmyślne (a to warunek niezbędny), zaś Koscielny nie faulował Pedro. Zresztą zarzuty nieuczciwości z ust kibiców drużyny, której piłkarze przed rokiem oszustwem doprowadzili do usunięcia z boiska Thiago Motty, a teraz usiłowali to samo zrobić z Aleksem Songiem, brzmią jak skargi Wasilija Błochina, że nie może patrzeć na to czerwone. A że piłkarze Bankruptalony opadli pod koniec z sił? No cóż, to chyba świadczy o lepszym przygotowaniu fizycznym naszych zawodników, zwłaszcza że nie miewają oni w lidze takich meczów, w których rywal nie stawia oporu i nadstawia pośladki jak w grze w salonowca.

Nie, Arsenal zwyciężył, bo zagrał znakomicie w obronie, świetnie w ataku, miał odrobinę szczęścia i mnóstwo wiary w sukces. To ostatnie widać było zresztą, kiedy po przerwie nasi zawodnicy wybiegli na boisko dokładnie w momencie, w którym stadionowy spiker zapowiadał, że do gwizdka sędziego zostały dwie minuty! Tak bardzo chcieli Kanonierzy wrócić do gry!

Oczywiście, to dopiero pierwszy krok do ćwierćfinałów, zaś drugi może być najtrudniejszym wyzwaniem stojącym przed tą generacją piłkarzy Wengera. Ale tym razem pojadą oni na Camp Nou z czymś cholernie cennym w kieszeni - przekonaniem, że Bankruptalonę można pokonać. A skoro tak, to można wygrać z każdym. Przed finałem Pucharu Ligi, kolejnymi meczami Pucharu Anglii i szalenie emocjonującą końcówką ligową taka wiedza może mieć niezwykłą wartość.

Jeszcze jedno - nie zgadzajcie się, kiedy mówią wam, że ten mecz wygrała "mała Barcelona". To był wielki Arsenal.

PS Mam taki zwyczaj, że po każdej wizycie na Emiratach ściągam oficjalną tapetę z obejrzanego meczu ze strony Arsenalu i to zdjęcie towarzyszy mojej pracy na komputerze przez najbliższy rok. Miałem już pulpit z radością Adebayora, miałem bramkę wślizgiem Fabregasa i główkę Diaby'ego. Ale jeszcze żadna nie była tak urocza jak ta, która będzie towarzyszyć mi do następnego wyjazdu do Londynu. Uradowanego Arszawina i podciągającego z wściekłością kolanówki Alvesa mógłbym oglądać na okrągło, zupełnie jak riplej bramki Rosjanina.

PPS Dżon, jeszcze raz - dzięki.

wtorek, 08 lutego 2011
Be a Gooner, be a giver

Armata na piersi to nie tylko powód do dumy, ale i zobowiązanie. Bądź Goonerem, dawaj - głosi hasło Arsenalu, który co roku wspiera wybrany cel charytatywny. Tym razem jest to Centrepoint, ośrodek pomagający młodym bezdomnym.

Londyńskie NGO-sy są daleko od nas i trochę trudno przyłączać się do tamtych akcji. Ale to przecież nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z dzielenia się z tymi, którzy naprawdę tego potrzebują. Arsenal Poland Supporters Club już po raz trzeci włącza się w pomoc charytatywną w ramach Turnieju Kibiców w Trzciance "Gramy z Sercem". Ty też możesz. Pomóż 14-letniej Sarze Wojciechowskiej, chorej dziewczynce z Trzcianki, której potrzebne są drogie turnusy rehabilitacyjne. A żeby osłodzić sobie rozstanie z żywą gotówką, możesz ją zamienić na coś naprawdę smakowitego - piłkę z herbem Arsenalu i autografami Łukasza Fabiańskiego i Tomasa Rosickiego.

Ułatwię wam trochę licytację i nie włączę się w walkę o tę futbolówkę. APSC tylko poprosiło mnie o rozreklamowanie aukcji. Ale to przecież nie znaczy, że nie mogę się przyłączyć do pomocy Sarze. Przelałem więc 50 zł na konto organizatorów turnieju. Was też gorąco do tego zachęcam - nawet jeśli nie wygracie piłki, nawet jeżeli nie weźmiecie udziału w licytacji, wpłaćcie choć kilka złotych. Dane są w opisie aukcji.

Bądźcie Kanonierami. Dawajcie.

PS. Możecie też otworzyć stronę z aukcją, odejść od komputera i znacząco chrząkać, kiedy do ekranu zbliży się wasza dziewczyna/mama/żona. Choć nie gwarantuję powodzenia. Pani_goonerowa od dawna ignoruje chrząknięcia brzmiące jak Phe-Esh-Trzhy.

poniedziałek, 07 lutego 2011
Superphil - małpa z brzytwą

W codziennym życiu staram się, kiedy to tylko możliwe, posługiwać brzytwą Hanlona. To zasada (inspirowana, oczywiście, brzytwą Ockhama), która głosi, że nie należy dopatrywać się czyichś niecnych intencji tam, gdzie prawdopodobnie mamy do czynienia z najpospolitszą głupotą. Królowa Diana zginęła nie w wyniku spisku swojej eksteściowej, ale szalonej jazdy spitego ochroniarza. Samoloty nie spadają dlatego, że gdzieś stoi Rusek z magnesem - to  piloci uważają, że powszechne zasady bezpieczeństwa ich nie dotyczą. Sędziowie w Premier League nie dostają od nikogo w łapę - oni są po prostu beznadziejnie beznadziejni.

Bywają jednak sytuacje, kiedy zbiegi okoliczności gromadzą się jak węgorze w Morzu Sargassowym, zaczynają się tarlić i mnożyć, a człowiek zastanawia się - dlaczego, do cholery, akurat teraz? Dlaczego tu? Dlaczego w ten sposób? Wtedy ostrze hanloniej brzytwy robi się bardziej tępe niż wyraz twarzy Tomasza Hajty. Ja zaś nie mogę pozbyć się wrażenia, że przypadkowa to w tym wszystkim może być najwyżej angielska pogoda.

Bo czy to naprawdę przypadek, że kiedy Arsenal nie przegrywa sześciu meczów ligowych z rzędu, sędzia meczu z Evertonem uznaje jedną z najbardziej kuriozalnych bramek sezonu, a przez cały mecz odgwizduje faule jakby chciał wynagrodzić Davidowi Moyesowi trudne dzieciństwo w szarzyźnie Glasgow? Czy to przypadek, że kiedy mimo wszystko pokonujemy Tofików, utrzymując znakomity impet i wywierając prawdziwą presję na obrońców tytułu liderów, w następnej kolejce mamy do czynienia z najbardziej nieudolnym sędziowaniem od czasów Ronalda Williamsona.

Zanim przepiszecie mi neuroleptyki i terapię poznawczo-behawioralną, pozwólcie mi zaznaczyć jedno: nie byłoby tej dramatycznej straty punktów, gdyby nie beznadziejnie głupie zachowanie Diaby'ego, kontuzja Djourou i ta niezrozumiała (choć przecież nie niespotykana, widzieliśmy to już parę razy) dezintegracja zespołu. A jednak nie byłoby też tej wstrząsającej utraty prowadzenia gdyby nie żenujące, skandaliczne i - mówię to z pełnym przekonaniem - świadomie nieuczciwe sędziowanie Phila Dowda.

Tuż przed końcem pierwszej połowy zakrzyknąłem coś na Twitterze zbulwersowany pierwszymi decyzjami palanta ze Stoke (psipadek?). Michał Zachodny rzucił wtedy kąśliwie, że tylko kibice Arsenalu mogą narzekać na sędziego, kiedy prowadzą do przerwy 4:0, grają jak z nut i mają... trzy pewne punkty na wyjeździe. Cóż, Michale, widocznie tylko kibice Arsenalu wiedzą, na co naprawdę stać arbitrów w Premier League. Widocznie tylko kibice Arsenalu dostrzegają, jak niewielkimi posunięciami zaczyna się zmieniać rzeczywistość.

Sędziowskie przewały rzadko osiągają taką klarowność, jak w meczach Korei Płd. na mundialu w 2002 r. Na to zazwyczaj nie można sobie pozwolić, to zresztą nie zawsze jest konieczne. Z decyzjami facetów w czerni jest bowiem jak z efektem motyla. Nawet drobne "błędy" mogą mieć decydujący wpływ na przebieg całego meczu. Wystarczy dać defensywnemu pomocnikowi wydumaną żółtą kartkę w pierwszej minucie spotkania (jak Wilshere'owi z Evertonem), by ustawić jego grę przez cały wieczór. Wystarczy zignorować dwa brutalne wejścia pewnego bandyty, by mógł on potem stać się "liderem" swojego parszywego zespołu i strzelcem dwóch goli z karnego, choć dawno nie powinno go być na boisku. Wystarczy nie dostrzec grożącego kolejną wielomiesięczną kontuzją wślizgu, by sprowokować Diaby'ego (jednego z najlepszych zawodników na boisku) do kretyńskiej, choć zrozumiałej reakcji. Wystarczy ukarać żółtą kartką za wyimaginowane przewinienie Szczęsnego, choć to Nolan zaatakował go dokładnie tak samo, jak Diaby bandytę (na marginesie - Abou rewanżował się za zagrożenie jego zdrowia, odwet Nolana był za... grę na czas; co bardziej zasługuje na napiętnowanie?).

Bywa oczywiście i tak, że trzepotanie skrzydeł motyla nie wystarcza, by bawić się burzami - do zmieniania pogody trzeba jeszcze zaprząc eskadrę myśliwców z jodkiem srebra, jak przed defiladą na placu Czerwonym. Pod koniec meczu na Saint James' Park w Phila Dowda, podłamanego przebiegiem pierwszej połowy, wstąpiła nowa nadzieja. Serce zabiło mu gwałtowniej, red card dodał mu skrzydeł i po raz pierwszy w tym meczu uwierzył - tę stratę możemy odrobić. To oczywiście wymagało czegoś specjalnego, błysku jakiegoś szczególnego talentu, niemal nadprzyrodzonej umiejętności. Phil odnalazł w sobie coś, co w komiksach Marvela nazwano by superwzrokiem. Superphil dostrzegł faul w polu karnym tam, gdzie nie widziały go miliony ludzi przed telewizorami.

O co w tym wszystkim chodzi? Czy to ordynarna korupcja? Wydaje to się niewiarygodne, ale przecież ustawianie meczów za łapówki nie odbywa się tylko w Polsce. Skoro przekręcane były mecze w Bundeslidze, to dlaczego nie w Anglii? Czy tylko powszechna niechęć rdzennie brytyjskiego środowiska piłkarskiego do Wengera i Arsenalu? Czy chodzi o tylko to, by mistrzostwo zdobył w tym sezonie ktokolwiek poza Kanonierami? A może raczej ktoś konkretny?

Bergkamp mi świadkiem, nie mam pojęcia. Ale po tym, jak dwukrotnie ordynarnie, za wszelką próbowano przerwać nam passę meczów bez porażki, odrzuciłem brzytwę Hanlona i przestałem wierzyć w przypadki. Bądźmy pewni, że im bardziej zbliżymy się do fotela lidera, tym więcej sędziowie zrobią dla naszych przeciwników. Dzięki popisowi bezradności piłkarzy starego pierdoły w Wolverhampton jakimś cudem znów udało nam się zmniejszyć dystans do pierwszego miejsca w tabeli. Kto wie zatem, czy z kolejnym popisem arbitra nie będziemy mieli do czynienia już za tydzień, w meczu z tymi samymi Wilkami. Tym bardziej, że w ich składzie nie zabraknie Karla Henry'ego, uskrzydlonego włączeniem do szerokiej kadry narodowej, którego gangsterskich zagrań sędziowie bardzo nie lubią zauważać.

Są jednak powody do optymizmu - mecz Wilkami obejrzy we własnej osobie (i w towarzystwie pani_goonerowej) wasz pokorny sługa. A jeszcze nigdy Arsenal nie stracił punktów w meczu, który oglądałem z trybun Emiratów. Ba!, nigdy nawet nasz bramkarz nie musiał wyciągać piłki z siatki. Ale o tym za parę dni, jeszcze przed sobotą.

PS. Jeśli ktoś chciałby zwrócić uwagę na niesłusznie nieuznaną bramkę dla Newcastle z rzekomego spalonego, co miałoby świadczyć o bezstronnej niekompetencji Dowda, przypominam - to był błąd liniowego, a nie Superphila.

środa, 02 lutego 2011
Arsenal ma dużego

Takie zwycięstwa potrafią mieć moc zastrzyku z adrenaliną zaaplikowanego prosto w serce. Wiecie, przez tę płaską kość pośrodku, która służy do pękania przy reanimacji. Każda wygrana jest bowiem jak udany podryw, a ten różne ma oblicza. Możesz uwieść dziewczynę błyskotliwą rozmową, możesz prężyć muskuły na basenie, możesz - w ostateczności, kiedy już nic innego nie zadziała - podstępnie ją upić. Ale poderwać trzeźwą miss województwa, kiedy akurat cierpisz na półpasiec, a twój kumpel szepcze jej na ucho, że masz maleńkiego korniszonka - to coś, po czym możesz zacząć z góry spoglądać na Brada Pitta.

Arsenal musiał we wtorek zmierzyć się aż z trzema przeciwnikami. Ten pierwszy był zupełnie jak półpasiec - to słaba forma samego zespołu, przez którą nie mógł pokazać swoich największych atutów. Ten drugi to miss województwa, czyli znakomicie dysponowany rywal. Everton dał naprawdę niezłe widowisko, zwłaszcza gęsto napakowana druga linia ze znakomitymi Fellainim i Artetą nie pozwoliła nam narzucić swojego stylu gry. Podania były niecelne, pomocnicy często tracili piłkę, a rywalizacja o górne podania z niebieskimi goliatami skazana była na niepowodzenie.

Najgorszy był rywal trzeci, jak ten kumpel od korniszonka. Kiedy próbujesz poderwać dziewczynę, twój kolega nie musi koniecznie cię wspierać, ale oczekujesz od niego przynajmniej całkowitej neutralności. Tymczasem Lee Mason (ze swoim liniowym) robił w ten wieczór wszystko, by Arsenal nie zdobył kompletu punktów. Nie zwracał uwagi na rotacyjne faulowanie Cesca przez pomocników Evertonu, "przeoczył" dwa chamskie bodiczki Heitingi na van Persiem, pozwalał na ostrą grę Tofików, a kiedy zawodnicy Arsenalu tracili cierpliwość, skwapliwie karał ich kartkami, niemal zupełnie pomijał brutalne wejścia rywali i taktyczne faule przy naszych kontratakach. Ale te wszystkie osiągnięcia bledną wobec tego, co udało się im stworzyć w 25. minucie.

Gol Louisa Sahy z ponaddwumetrowego spalonego to jedno z największych kuriozów w angielskiej lidze w ostatnich latach. I, niestety, dowód na to, że nawet wprowadzenie powtórek wideo nie wyeliminuje całkowicie błędów z futbolu. Bramkę Evertonu sędziowie uznali nie dlatego, że nie widzieli spalonego, ale dlatego, że nie znają przepisów. Kiedy Mason konsultował się ze swoim liniowym, uznali prawdopodobnie, że próba wybicia przez Koscielnego była de facto ostatnim podaniem, więc nie może być mowy o spalonym. Tyle że Koscielny nie próbował podać do bramkarza, więc nie sposób uznać jego zagrania za zamierzone. Najlepiej porównać je do sparowania strzału przez bramkarza. Gdyby Saha zdobył gola z dobitki (będąc na spalonym w momencie strzału), sędziowie nie uznaliby bramki. Dlaczego więc uznali tego? Dlaczego, Mason, ty obmierzły, śmierdzący, łysy kmiocie z umiejętnościami niegodnymi B-klasy?

Wbrew podszeptom zdradliwego sukinkota Arsenal pokazał jednak, że ma nie korniszonka, ale coś naprawdę dużego. Mówię oczywiście o sercu i charakterze, wy zwichrowani zboczeńcy. Zmiany Wengera okazały się kluczowe - naszą grę odmieniło wejście Diaby'ego za kontuzjowanego Songa (o Francuzie słów kilka na końcu), a superrezerwowy Andriej "Surykatka" Arszawin, który ostatnimi czasy marnował najbardziej dogodne sytuacje, tym razem wykorzystał tę jedną, jedyną, najważniejszą - w dodatku naprawdę niełatwą do wykorzystania. Pięć minut później świetne dośrodkowanie van Persiego (z rogu - tuż po pięknym strzale Holendra z wolnego), idealna główka Wawrzka i - choć chwilę wcześniej trudno było w to uwierzyć - Arsenal prowadził. Ostatni kwadrans to nasza mądra, spokojna i dojrzała gra defensywna: niespieszne rozgrywanie piłki przez obrońców, zejścia Walcotta do narożnika "na Smolarka", uważne pilnowanie przeciwników...

Ja wiem, że to banał, ale właśnie w takich meczach wykuwa się charakter zwycięzców, to takie przeciwności rzeźbią mistrzów, takie powroty strugają czempionów. Arsene Wenger Nicklas Bendtner powiedział niedawno, że luty może być decydującym dla naszych aspiracji miesiącem. Nieźle go zaczęliśmy.

Fusy

  • po meczu w wywiadzie dla Sky Sports David Moyes powiedział, że za komentarze rzucone w przerwie w tunelu Cesc Fabregas powinien zostać ukarany czerwoną kartką; mimo wyraźnych pytań reportera menedżer Evertonu nie chciał jednak zdradzić, o co chodziło; panie Moyes, albo trzeba mieć jaja i konsekwencję, albo być żałosną parówą podobną pewnemu niewyrosłemu insynuatorowi z polskiej prawicy; pan wybrałeś tę drugą opcję; wsadź se pan swoje opowiastki tam, gdzie Lee Mason pakował panu dziś swój język.

Plusy

  • Abou Diaby jest po długiej przerwie surowy jak tatar wołowy, ale to jego wejście odmieniło naszą grę; Francuz nie zrobił nic spektakularnego, za to dzięki jego sile fizycznej w końcu przestaliśmy się odbijać od rosłych pomocników Evertonu jak światło jupiterów od wylizanych do czysta pośladków Moyesa; statystyki Guardiana - Song 34 podania (5 niecelne), 1 przechwyt, 3 odbiory, 0 dryblingów, 2 wybicia; Diaby 32 (0 niecelne!), 1 przechwyt, 3 odbiorów, 3 dryblingi, 2 wybicia.
  • Andriej Arszawin - czyżby mecz z Evertonem miał być jak Szpital Niewiniątek, pierwszy przejaw renesansu? jeśli Szawa ma się odrodzić, to nie było na to lepszego momentu niż teraz, kiedy na parę tygodni straciliśmy Nasriego.

Minusy

  • Lee Mason
  • jego liniowy
  • Lee Mason
  • jego liniowy
  • David Moyes
  • Heitinga, kawałek łajna, którego imienia nie pamiętam, a nie chce mi się tracić czasu na sprawdzanie
  • Lee Mason
  • jego liniowy
wtorek, 25 stycznia 2011
Nosiła żółtą wstążkę

She wore,
She wore,
She wore a yellow ribbon,
She wore a yellow ribbon in the merry month of May, a właściwie February,
And when,
I asked,
Oh why she wore that ribbon,
She said it's for the Arsenal and we're going to Wembley,
Wembley,
Wembley,
We're the famous Arsenal and we're going Wembley.

poniedziałek, 24 stycznia 2011
Kanonierzy czy saperzy? - Arsenal-Ipswich

Gra w Pucharze Ligi to coś pomiędzy zdawaniem na prawo jazdy a pracą sapera. Na egzaminie można popełnić dwa błędy, dla minera - jak wiadomo - nawet jedna pomyłka kończy się tragicznie.

Formuła Carling Cup sprawia, że w całych rozgrywkach można zaliczyć jedną porażkę i mimo tej wpadki zdobyć trofeum. Oczywiście pod warunkiem, że przegrany będzie jeden z meczów półfinałowych, bo tylko na tym etapie pokonany ma szansę na rewanż. Trzeba więc przyznać, że skoro już Arsenal musiał oddać pola w którymś spotkaniu pucharowym, to trudno było o lepszą okazję. No, może jeszcze lepiej byłoby wygrać pierwsze starcie 7:0 i na Emiratach dać pograć Özyakupom, Hajrovicom i Yennarisom.

Przegraliśmy jednak na wyjeździe i teraz mamy nóż na gardle. Nóż nie jest wprawdzie ostry jak japońskie wakizashi, a trzymająca go dłoń należy do staruszka chorego na zanik mięśni, ale klingi na grdyce lepiej nigdy nie lekceważyć. Dziadunio zawsze może dostać jakiegoś nagłego skurczu.

Jesteśmy jedyną drużyną w Anglii, która wciąż ma jeszcze szanse na wszystkie cztery trofea (mistrzostwo, Liga Mistrzów, Puchar Anglii i Puchar Ligi) i choć marzenie o poczwórnej koronie zda się dziś nadmiernie optymistycznym, to nie sposób nie docenić wpływu, jaki zdobycie Pucharu Myszki Miki może mieć na resztę naszego sezonu. Finał rozegrany zostanie wszak 27 lutego, a uniesienie jakiegoś naczynia z pewnością doda piłkarzom wiary w siebie i w swoje możliwości.

Wie o tym Wenger, dlatego w tym sezonie wystawiał w Pucharze Ligi nieco silniejszy skład niż w poprzednich latach. Nie tylko dlatego, że mu zależy (zawsze chciał wygrywać, bo wbrew powszechnemu mniemaniu Arsene nienawidzi porażek). Po prostu w tym sezonie ma dłuższą niż do tej pory ławkę rezerwowych i kiedyś musi dawać szansę tym, którzy w swoich narodowych reprezentacjach są gwiazdami, a u nas muszą wygrzewać fotele przy linii bocznej - tych wszystkich Rosickych, Arszawinów, Bendtnerów czy Ebouech.

Szansę mamy jak nigdy, bo - jeśli uda nam się przejść Ipswich - w finale na Wembley zmierzymy się z jedną z drużyn, które w ostatnich dniach pokonaliśmy 3:0 (Birmingham lub West Ham). Ale najpierw trzeba pokonać Traktorzystów ze wschodniego wybrzeża.

Przed Wengerem znów stoi trudne zadanie wyznaczenia, którędy przebiega granica między zluzowaniem grających co trzy-cztery dni piłkarzy a zlekceważeniem rywala. Trudne o tyle, że już trzykrotnie w minionych tygodniach się na nim sparzył (z Wigan, Leeds i Ipswich). Ilu zawodników można wymienić, nie ryzykując znacznego osłabienia drużyny? Trzech? Czterech?Sześciu?

Moim zdaniem Le Boss wymieni najwyżej czwórkę. Nietknięta będzie defensywa, po części dlatego, że niespecjalnie mamy tam możliwość manewru, po części dlatego, że stracona bramka może nam mocno skomplikować zadanie. Znakomicie funkcjonującą pomoc aż żal demontować, ale grającego w niemal każdym meczu tego sezonu Wilshere'a może zmienić Denilson. Największe pole do popisu jest oczywiście w ofensywie, gdzie mocno rozkręconego, ale wrażliwego van Persiego zastąpi Szarmach, a Nasriego - Szawa. Czy Bendtner zacznie zamiast Walcotta? Pewnie tak, a ja jestem tylko ciekaw, w której minucie Wenger zareaguje, gdyby coś szło nie po naszej myśli.

Gdyby pierwsza połowa skończyła się remisem albo, nie daj Cthulhu, prowadzeniem Ipswich, zmiany powinny nastąpić już w przerwie. To zbyt ważny dzień, żebyśmy coś spieprzyli. Ale - nie spieprzymy! Oh, Arsenal, we love you!

Pińćzłoty, czyli moje kwity

Można nieśmiało przypuszczać, że Ipswich, zadowolone z zaliczki z pierwszego meczu, nie zostawi klubowego autokaru na parkingu, ale przynajmniej na początku spotkania wprowadzi go na murawę Emiratów. Do przełamania obrony złożonej z dziewięciu zawodników potrzebne będzie coś wyjątkowego, np. błysk geniuszu Arszawina albo strzał z dystansu Denilsona. Ja zaryzykuję to drugie i mojego tradycyjnego piątaka postawię na Brazylijczyka jako strzelca pierwszego gola (21:1).

niedziela, 23 stycznia 2011
Noc żywych trupów - Arsenal-Wigan 3:0

W rodzinie Arsenalskich dawno nie było tak dobrze. Tatuś wraca prosto z pracy do domu i od razu zabiera dzieci do wesołego miasteczka. Mamusia wreszcie zaczęła się malować, bo nie wypłakuje makijażu do poduszki. Ba!, nawet dziadunio może w spokoju wypić swój codzienny kieliszek ajerkoniaku i nikt nie oskarża go, że sprowadza syna na złą drogę.

Mecze z West Hamem i Leeds były świetne, ale starcie z Wigan po prostu zapierało dech w piersiach. Chwilami wydawało się, że Roberto Martínez wystawił przeciw nam zespół zombich, bo piłkarze Latics poruszali się właśnie jak żywe trupy. Jakby szybkość i płynność gry Kanonierów była nie tylko poza zasięgiem ich umiejętności piłkarskich, ale w ogóle ludzkiej percepcji. Jedynym futbolistą naszych rywali, którego nie sposób było zaliczyć do klasy nieumarłych, był Ali Al-Habsi. Omański bramkarz własnoręcznie zatrzymał tyle stuprocentowych akcji Arsenalu, że zacząłem przed ekranem wielkości karalucha domagać się podania mu kryptonitu, by wyrównać szanse w meczu.

Jak słusznie stwierdził jednak na Twitterze kolega Adapter, kiedy Arsenal gra swoje, rywalom nie pomoże nawet Superman między słupkami (UPDATE - choć kolega Michał Zachodny nie bez słuszności ripostuje, że w meczu z Petrochemią Superhart jednak pomógł). To zwycięstwo opierało się na dwóch filarach. Pierwszym byłą całkowita dominacja w środku pola. Chociaż na ławce i w przychodni mamy kilku naprawdę ciekawych pomocników (Rosicky, Denilson, Ramsey, Diaby), to trio Song-Wilshere-Fabregas jest naszą najlepiej zestawioną linią środkową od lat, zwłaszcza od czasu, kiedy Alex ograniczył nieco swe ekskursje pod bramkę rywala, a drugi pomocnik (Wilshere) ustawiony został niemal tak samo defensywnie jak on (dzięki czemu gramy dziś w pomocy czymś na kształt 2-1, zamiast wcześniejszego 1-2, 1-1-1, a nawet - jak w kilku meczach na początku sezonu - 0-3). Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko ofensywnym wypadom Songa. Kameruńczyk strzelił w tym sezonie już cztery gole, z czego trzy piekielnie ważne - drugą bramkę przeciw Petrochemii po spudłowanym karnym Cesca, game winnera z West Hamem i pierwszego gola w pięknym triumfie nad Chelsea. Ale wszystko musi mieć swoje granice, a radosna ofensywa Aleksa z początków sezonu zbyt często kończyła się odkryciem tyłów i łatwymi kontrami rywali. Teraz na szczęście Jacko ubezpiecza jego wypady, dzięki czemu Song rozkwita nam jak orchidea na krowim placku. Wczoraj - choć to inni zebrali całą chwałę - znów był jednym z najlepszych piłkarzy na boisku.

Największą zaletą tego tercetu w naszej pomocy jest jednak w tej chwili jego niesamowita wszechstronność. Oczywiście każdy z piłkarzy ma swoją specialité de la maison, swój numer popisowy, niczym wierszyk trzylatka, którym jego rodzice katują gości na fajfie. To jednak nie znaczy, że pozostałym kolegom ten element zupełnie nie wychodzi.

Fabregas to oczywiście król podań długich i prostopadłych, a kto oglądał jego asystę przy drugim golu van Persiego, musiał wyglądać jak zaśliniony wioskowy głupek z bezmyślnym uśmiechem. Ale zanim obetrzecie ślinę, spójrzcie na asystę Songa przy pierwszej bramce oraz jego podanie do Cesca, po którym sędzia podyktował karnego. Xavi? Hudefak is Xavi?

Song jest najbardziej defensywnym z trójki pomocników, potrafi najlepiej czytać grę rywala i odpowiednio się ustawić. I choć wczoraj miał sześć przechwytów (Wilshere i Cesc po jednym), to przecież doskonale wiemy, że Anglik i Hiszpan też potrafią znakomicie przerwać akcję przeciwników.

Wilshere jest z tej trójcy najlepszym dryblerem, dzięki swym gabarytom i nisko położonemu środkowi ciężkości najłatwiej mu urwać się spod opieki rywala i stworzyć przewagę w ataku. Wczoraj wygrał trzy pojedynki jeden na jednego, a Cesc i Song po jednym. Ale wszak i oni potrafią czasem wyciągnąć coś smacznego z przegródki z napisem "kiwki". Każdy z nich specjalizuje się zresztą w innym zwodzie. Jack to mistrz zmyłki, w której przepuszcza podaną z boku piłkę (wczoraj zrobił tak bodaj dwukrotnie). Cesc lubi przyjąć futbolówkę i obrotem (pełnym lub połówką) wkręcić obrońcę w ziemię. Alex z kolei przeciąga do ostatniej chwili moment zagrania, przyciągając rywala do siebie, po czym wypuszcza piłkę do przodu i rusza za nią.

Tak zmontowana pomoc pozwala nam niezwykle płynnie kształtować jej ustawienie, dostosowywać do aktualnej sytuacji na boisku, a wraz z wymiennością pozycji atakujących potrafi naprawdę nieźle zamieszać w głowie przeciwnikom. No bo wyobraźcie sobie nagle, że macie naprzeciw siebie sześciu znakomitych piłkarzy i właściwie nigdy nie wiadomo na pewno, w którym miejscu boiska który z nich się pojawi.

Czas powiedzieć kilka słów o drugim filarze triumfu z Wigan. Robin van Persie może być porcelanową tancereczką, ale kiedy już zatańczy, to niech mnie dunder świśnie. Staram się nie ekscytować za bardzo jego powrotem, bo to jak budowanie sobie willi na piaszczystej plaży, ale kogoś takiego naprawdę było nam trzeba. Marian Szarmach miał świetny początek sezonu, wiecie też, jaką sympatią darzę Nicklasa Bendtnera, ale żaden z nich nie daje nam tego, co może dać nam Latający Holender. Żaden z nich nie ma tak bajecznej techniki i takiego instynktu zabójcy. Jego nazwisko pojawi się wreszcie na umieszczonej w korytarzach stadionu liście "hat trick heroes" - to wręcz niewiarygodne, że do tej pory go tam nie było.

Wczorajsze wyniki Kwok oraz Petrochemii to - miejmy nadzieję - pierwszy sygnał tego, że wyścig po mistrzostwo powoli przeradza się w pojedynek z udziałem dwóch tylko chartów. Nie będzie łatwo, tym bardziej że angielska liga nie składa się w połowie z drużyn prowadzonych przez przyjaciół albo byłych podopiecznych Arsene'a Wengera, gotowych podłożyć mu się z każdym meczu i przegrać 0:5 albo 0:6. Ale możemy być dobrej myśli, zwłaszcza że jeśli chodzi o pojedynki na szczytach tabeli, nasz kalendarz wygląda nieco ciekawiej niż terminarz hałastry Fergusona.

Fusy

  • jeśli postać pana Frienda napawała mnie przed spotkaniem jakimś niepokojem, to przyznać trzeba, że gość znakomicie poradził sobie ze swoim zadaniem; nie popełnił chyba żadnego błędu, podjął zaś dwie ważne i mądre decyzje; szczególne brawa należą się za kartkę dla Hendry'ego Thomasa - choć piłkarz Wigan trafił w piłkę, to jego zagranie było zdecydowanie niebezpieczne i zasługiwało na upomnienie; niewielu arbitrów w Premier League dostrzega takie detale.
  • po meczu Wojtek Szczęsny żartobliwie spytał na swoim Twitterze, czy ktokolwiek w ogóle zauważył jego obecność na boisku; Polak rzeczywiście nie miał niczego do roboty, a jednak 1 proc. kibiców na Arsenal.com uznało, że zasługuje na tytuł Zawodnika Meczu! Osochozi?
  • pamiętacie moją relację z wizyty Arsenalu na Łazienkowskiej i zachwyt nad pewną damą, która potrafiła chwilami samodzielnie zakrzyczeć cały stadion? Jakież więc było moje zdumienie, kiedy wsłuchując się wczoraj w stream z meczu z Wigan znów dotarł do mnie - przebijający się w pojedynczych chwilach ciszy - jej głos! Zdumiewające, brawo, droga pani, kimkolwiek jesteś!

Plusy

  • wszyscy wiemy, że na boisku królowali van Persie z Ceskiem i Songiem, dzielnie wspierani przez Walcotta, Nasriego i Wilshere'a; ale parę słów pochwały należy się też naszym obrońcom - Sagna po raz kolejny nie schodzi poniżej solidnego poziomu i wyrasta na najlepszego prawego obrońcę w lidze, Djourou z Wawrzkiem znów imponowali spokojem, zaś Clichy całkowicie odebrał N'Zogbii ochotę do gry; Arsenal już od miesiąca nie stracił bramki w lidze i to jedna z najjaśniejszych stron wczorajszego meczu.

Minusy

  • aż głupio czepiać się czegokolwiek po takim widowisku, ale skoro już mogę trochę pomarudzić, to bardzo proszę o poprawienie skuteczności; to był kolejny mecz, w którymi obijaliśmy bramkarza, leżących na ziemi obrońców oraz obudowę bramki, nie mogąc trafić piłką między słupki; zaś zachowanie Walcotta, wypuszczonego sam na sam cudnym podaniem van Persiego woła o pomstę do nieba, piekła lub Komisji Europejskiej (zależy, w co wierzycie); w meczach z Bankruptaloną czy Manure to mogą być nasze jedyne okazje, trzeba je wykorzystywać.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
zainstaluj wtyczkę flash
Oficjalny partner
Arsenal Poland Supporters Club
Trzymaj rękę na pulsie bloga!
Follow Miko_Gooner on Twitter Rss